1 lutego 2020

Rozdział 4

''Twoja dłoń pasuje do mojej, jakby została stworzona tylko dla mnie... Nigdy nie będziesz kochać siebie, choć w połowie tak mocno jak ja kocham Ciebie. Nigdy nie będziesz traktować siebie odpowiednio, kochanie. Ale chcę, by tak było. Jeśli pokażę Ci, że jestem tu dla Ciebie... Może pokochasz siebie, tak jak ja kocham Ciebie...''
~*~
  Madison poczuła przyjemny chłód wiatru. Jej serce szybko biło, krew krążyła w żyłach zupełnie jakby coś się stało. Ale nic się nie wydarzyło. Nie wiedziała, co miało miejsce kilka minut wcześniej. Na chwilę straciła rachubę czasu. Rozejrzała się wokół lecz nadal znajdowała się w tym samym miejscu. Zamknęła oczy i przełknęła ślinę. Ruszyła przed siebie. Teraz zamierzała jak najszybciej wyrwać przyjaciółkę z imprezy. 
  Znów weszła do tego obskurnego bloku. Tym razem jednak nie zawracała sobie głowy dzwonieniem do drzwi. Wparowała do środka w poszukiwaniu Holly. Złapała za jej nadgarstek gdy ta flirtowała z nowo poznanym chłopakiem. Nawet się nie odezwała, po prostu wyszarpała brunetkę z rozhulanego tłumu. Dopiero gdy znalazły się na dworze, postanowiła ją puścić.
  -O co ci chodzi, Madi? - zapytała dziewczyna analizując to, co się wydarzyło.
  -Zachowuj się jak dorosła, a nie jak rozwydrzony bachor - rzuciła wściekle. Nie prosiła o wiele. Chciała tylko żeby jej przyjaciółka się opamiętała.
  -Madison zatrzymaj się do cholery! - krzyknęła, kiedy blondynka zmierzała w stronę przystanku autobusowego. Złapała ją za rękę, kiedy ta nie wykonała prośby.
  Blondynka odwróciła się. Rzuciła wściekłe spojrzenie ale powoli zapełniało się ono łzami. Była wykończona, psychicznie i fizycznie. Nie oczekiwała od życia wiele. Po latach spędzonych u boku wyrodnej matki, która jej szczerze nienawidziła, chciała jedynie żyć jak normalna dziewczyna. Naprawdę cieszyła się kiedy wraz z Holly znalazły mieszkanie. Wszystko miało być inne. W tym pięknym planie nie było mowy o kłótniach czy problemach. Tego było bowiem już za wiele.
  -Posłuchaj mnie uważnie - zaczęła ta pijana - Zabraniasz mi życia, które sama sobie wybrałam. Nie jestem taka, jak ty. Chcę szaleć, imprezować i poznawać ludzi. Ty za to wolisz spokój, nudne studia, nudną pracę. Zero jakichkolwiek zmian. Jesteś zazdrosna, że umiem czasem zapomnieć o szarej rzeczywistości. Ale powiem ci jedno, nie zmienisz mnie, nigdy.
  Madison poczuła się jakby ktoś ją spoliczkował. Nie przypuszczała, że bliska jej osoba zachowa się tak podle. Obrywała za to, że się martwiła.
  Resztę drogi do mieszkania spędziły w grobowej ciszy przerywanej co jakiś czas przez lektor w autobusie. Madison zastanawiała się czy aby na pewno dobrze zrobiła zgadzając się na wspólne życie. Holly miała rację, rzeczywiście ogromnie się od siebie różniły. Czyż jednak nie na tym polega prawdziwa przyjaźń? Po co ci własna kopia skoro możesz mieć kogoś wyjątkowego.
  Następnego poranka Madison wyszła do pracy bez słowa. Nie wiedziała o czym rozmawiać z brunetką, czy jest szansa, że żałowała słów do niej skierowanych, czy może przez wypity alkohol nawet tego nie pamiętała? To jednak nie było wymówką. Nie można ranić drugiej osoby a potem zrzucać winę na procenty. One tylko dodają odwagi, pozwalają uzewnętrznić się emocjom skrywanym na co dzień. Należy jednak brać odpowiedzialność za swoje słowa i czyny.
  Uśmiechnęła się radośnie do portiera, miłego i spokojnego staruszka, który w wolnej chwili rozwiązywał krzyżówki i prosił pracowników o pomoc w odgadnięciu haseł. Jeżeli życie po pięćdziesiątce wyglądało w ten sposób, to Madi już chciała się starzeć.
  Przywitała się z pozostałymi pracownikami i ruszyła do swojego biurka. Może w kancelarii nie zarabiała kroci ale dla niej liczył się każdy pieniądz będący symbolem samodzielności. Zza ekranu komputera obserwowała kolegów po fachu, o jakieś dziesięć lat starszych od niej. Ci dawno byli po studiach, po aplikacji i teraz zajmowali się tym, o czym marzyli. Madison wielokrotnie zastanawiała się czy aby na pewno bycie adwokatem to coś, co chce robić w życiu. Czyż nie łatwiej jest ludzi po prostu oskarżać? Nie łatwiej zasiąść na miejscu ławnika i ostatecznie zdecydować czy osoba jest winna czy nie? A może najłatwiej jest wybrać wymiar i rodzaj kary? Kierując się wyborem młoda studentka analizowała swoje przeżycia z dzieciństwa. Czy chciała być jak matka, która za wszystko ją oskarżała i winiła, czy jak ojciec, który zawsze bronił ukochanego dzieciątka? Nie jest trudno domyślić się, kto został jej autorytetem.
  W skupieniu przeglądała plik papierów pozostawionych na biurku przez szefa. Mężczyzna nie traktował jej jak uczennicy a ubzdurał sobie, że jest jego asystentką. Notorycznie dzwonił do niej z prośbą o filiżankę kawy, herbaty czy spodeczek z ciastem. Kładł jej na biurku najnudniejsze sprawy z jakimi ludzie zgłaszali się do kancelarii.
  -Pan Holmes pragnie odzyskać od swojej byłej żony porcelanową zastawę, którą oboje otrzymali w prezencie ślubnym - zaczęła cicho czytać. - Nie mogą jednak dojść do porozumienia, bowiem oboje chcą posiadać ów przedmiot w swoim miejscu zamieszkania i korzystać z niego każdego dnia.
  Madison jęknęła w konfrontacji z problemami współczesnego świata. Ludzie potrzebowali adwokata dosłownie w każdej, nawet błahej sprawie.
  Z dogłębnej analizy wyrwał ją dźwięk telefonu komórkowego. Aż wzdrygnęła się słysząc wesołą melodię. Nie znała numeru, więc od razu pomyślała, że to kolejna reklama.
   -Madison Butler, w czym mogę pomóc? - To tata zawsze uczył ją by odnosić się grzecznie do ludzi. On zawsze żył w iluzji, że dobro wraca.
   -Witaj Madi, czytałem właśnie twój esej dotyczący praw jednostki w starożytnym Rzymie i jest imponujący. Jednak brakuje kilku istotnych kwestii. Może chcesz spotkać się na kawę i to omówić?
   Szczyt bezczelności i brak wstydu ze strony profesora aż wprawił blondynkę w osłupienie. Skąd miał jej numer? Czy do wszystkich studentów dzwonił z uwagami na temat ich prac? Każdemu z nich proponował kawę? Z tym mężczyzną było coś nie tak. Sądził, że Madison jak zaczarowana pogna na spotkanie, a może potem czym prędzej sprawi mu przyjemność w łóżku. To wyobrażenie doprowadziło ją do mdłości.
   -Jeszcze raz pan do mnie zadzwoni a założę sprawę o nękanie - rzuciła wściekle do telefonu i rozłączyła się.
   Całą rozmowę słyszał jej szef, który zapewne stał przy jej biurku od dobrych kilkudziesięciu sekund. Wpatrywał się w Madi z osłupieniem wymalowanym na twarzy, zupełnie tak jakby oczekiwał wyjaśnień.
   -Mam na uczelni profesora, który chce ode mnie czegoś więcej niż tylko dobrze zdanych egzaminów - zdenerwowana podeszła do okna. Obawiała się tego, co stanie się gdy zgłosi sprawę dziekanowi. Co, jeśli nikt jej nie uwierzy? Jeśli wezmą ją za zdesperowaną studentkę, która w ten sposób chce zyskać lepszą ocenę?
   -Jeśli jeszcze raz skontaktuje się z tobą w celach niezwiązanych z uczelnią, osobiście się tym zajmę. To nie pierwszy taki przypadek w moim zawodzie - mężczyzna podszedł i położył jej rękę na ramieniu.
   Myśl o tym, że szef kancelarii Bates Law jest w stanie stanąć w obronie jej godności wsparła dziewczynę na duchu. Tak znany i dobry prawnik z pewnością odstraszyłby niemoralnego wykładowcę.
   -Dziękuję, panie Bates.
   -Proszę cię, mów mi Arthur.
   W odpowiedzi blondynka jedynie się uśmiechnęła.

~*~ 
   Maxwell dzięki swoim wampirzym umiejętnościom słyszał rozmowę telefoniczną Madison, a więc tym bardziej był świadkiem tego co zaszło między nią a szefem. Aż gotował się ze wściekłości. Nie był zły na złotowłosą piękność lecz na mężczyzn, którzy kręcili się u jej boku. Sam najprawdopodobniej zamieniłby życie dziewczyny w piekło ale oglądanie jej w towarzystwie innych gdy jeszcze nie była jego, stało się wręcz nie do zniesienia. Zeskoczył z dachu wieżowca i udał się prosto na atlancką uczelnię.
    Szybko wpasował się w tłum studentów, mimo tego, że sam skończył je ponad sto lat temu. W jego czasach nie było mowy o pokaźnych aulach, multimedialnych wykładach i nauce przy pomocy internetu. Jeśli wtedy posiadałeś potrzebne książki, byłeś uznany za zamożnego. Rzucił wrogie spojrzenie kilku śmiejącym się studencikom. Został wampirem w młodym wieku, właściwie krótko po zakończeniu nauki na uczelni wyższej, dlatego nie budził podejrzeń zarówno w liceach jak i wśród starszych pokoleń. Gdy odnalazł odpowiedni gabinet, wszedł do niego nie zawracając sobie głowy pukaniem do drzwi.
   -Kim jesteś człowieku i dlaczego wchodzisz nieproszony? - oburzył się staruszek siedzący za biurkiem.
   Max nie miał zamiaru bawić się z nim w gry słowne. Złapał go za szyję i spojrzał mu głęboko w oczy. Kochał patrzeć na strach i ból swoich ofiar. Między innymi po to była mu Crystal. Fakt, że to od jego woli zależał dalszy los istot żywych powodował, że czuł się jak władca świata. 
   -Powiem to raz i liczę, że zapamiętasz. Trzymaj swoje fantazje z dala od studentek, a w szczególności od Madison Butler. W przeciwnym razie poznasz mój gniew i źle się to dla ciebie skończy.
    Na koniec swoją wampirzą mocą uderzył, łamiąc z pewnością nos wykładowcy.
   Wrócił do domu wściekły. Nie była to jednak zwykła złość, z którą miał do czynienia każdego dnia ale palące uczucie gniewu. Nalał do szklanki bursztynowy płyn ale zamiast go wypić, rzucił naczyniem prosto w ogień stojącego naprzeciw kominka. Jego oczy z ciemnobrązowych zmieniły się w czarne, bez krzty człowieczeństwa. I nagle poczuł nieustępliwie chęć wyrządzenia komuś krzywdy. Uśmiechnął się przebiegle i powoli udał się na piętro. W głowie wciąż miał obraz intrygującej blondynki ale to inna miała teraz zaspokoić jego mroczną stronę. Przekręcił kluczyk w drzwiach niewielkiego pokoiku Crystal. Nie znajdowało się w nim nic innego prócz łóżka i kącika z przyczepionymi do ściany łańcuchami. I to właśnie tam dojrzał niewinną istotę. Aż krew zagotowała mu się w żyłach na dźwięk jej szybciej bijącego serca. Ten strach był dla wampira jak narkotyk.
   -Dzisiaj naprawdę się zdenerwowałem, a wiesz kochana co to oznacza - warknął.
   Dziewczyna wzdrygnęła się widząc przed sobą potwora. Człowieka, który w ułamek sekundy przeistaczał się w bestię. Nigdy nie mogła być pewna tego, co ją spotka. Raz jego tortury były wręcz delikatne, w innym przypadkach pragnęła po prostu umrzeć w trakcie by już nigdy nie musieć na nowo tego przeżywać.
   -Klęknij.
   Uczyniła to bez jakichkolwiek oporów. Czasem za posłuszeństwo otrzymywała ciepłą kolację, innym razem możliwość kąpieli. Dla zwykłego człowieka była to normalność. Dla Crystal spełnienie marzeń. Nie wiedziała jak wygląda życie poza murami tej okazałej rezydencji. Właściwie już nie pamiętała jak żyła nim stała się niewolnicą Maxwella.
   Wampir złapał ją za szyję i bez ostrzeżenia zanurzył kły w jej tętnicy. Sączył ciepłą krew jakby to było ostatnie co w życiu zrobi. Wiedział kiedy przestać by nie zabić swojej zabawki.
   -Nie licz na to malutka, że kiedyś wypiję za dużo. Jesteś mi potrzebna.
   Złapał ją za nadgarstki i podniósł tak, że teraz była z nim na równi. Krew płynęła z ran na szyi, łzy z oczu. Nie dało się przyzwyczaić do takiego rodzaju cierpienia. Max rzucił niewolnicą o podłogę by pozbyć się swojej wściekłości. 
   Mimo tego, że zabrał ją do siebie kilka dobrych lat temu, nigdy nie uprawiał z nią seksu dla wspólnej przyjemności. To on miał być zaspokojony. Jego tortury miały wymiar brutalny, nie erotyczny. Na tym świecie żyła niegdyś tylko jedna kobieta, z którą się kochał. I którą bezgranicznie kochał. Inne były tylko zabawkami, albo przygodami na jedną noc po upojnym wieczorze alkoholowym.
   Przypiął Crystal do ściany i uderzył ją w policzek, a potem kolejny raz by śliczna Madison wyparowała z jego myśli. Dlaczego tak bardzo obchodziło go życie nieznajomej dziewczyny? Co takiego wydarzyło się pamiętnej gwieździstej nocy, że nie chciał by stało się jej coś złego? Może fakt, że nie bała się obcego człowieka, może to ta miła aparycja. Właśnie z tych powodów musiał trzymać się od niej z daleka, ale mroczna strona non stop przypominała mu, że jako wampir musi polować, zdobywać nowe pożywienie i bawić się nim.
   -Zakochałeś się w niej i to nie daje ci spokoju - wyszeptała półprzytomna Crystal.
   Na te słowa uderzył ją mocno i z całą swoją wampirzą siłą, aż padła na ziemię zupełnie nieprzytomna. Kochał tylko Anabelle. Zawsze tak będzie.

~*~
Witam po długim czasie. Nie chcę przepraszać i tłumaczyć się bo każdy wie jak jest. Dorosłe życie
Postaram się by rozdziały pojawiały się raz/dwa razy w miesiącu, wszystko zależy od czasu, którego generalnie non stop mi brakuje
Jak podoba się rozdział? 
Muszę na nowo wkręcić się w pisanie także wybaczcie za wszelkie niedociągnięcia


24 lipca 2018

Rozdział 3

''Zapłać te pieniądze, udawaj tę marionetkę, spraw, by bolał mnie brzuch. Nie mogąc się zdecydować, cały ten czas zapłać za herę, kochanie, twoja twarz tak promienna, czyż to nie zabawne? Wszyscy moi przyjaciele zawsze mnie okłamują, wiem, że myślą... Jesteś zbyt podły, nie lubię cię.. Zresztą, pierdol się. Sprawiasz, że chcę krzyczeć ile sił mam w płucach. To boli, ale nie będę z tobą walczył i tak jesteś do niczego. Przez ciebie chciałbym umrzeć, akurat kiedy... Kiedy się budzę, boję się, że ktoś inny może zająć moje miejsce...''
~*~
  Znalezienie właściwego adresu zajęło Madison kilkanaście dobrych minut. Błądziła między starymi blokami, a w pobliżu nie było żadnej żywej duszy, którą mogłaby zapytać o mieszkanie koleżanki. Słońce zaczynało zachodzić i dodawało mrocznego uroku ulicy i budynkom. Odetchnęła z ulgą, gdy nareszcie trafiła na właściwy adres. Przebywanie w tak bolesnej ciszy, jaka miała miejsce pomiędzy blokami, nie było niczym przyjemnym. Już na klatce schodowej słychać było muzykę i krzyki imprezowiczów. Zimno i brud nie zachęcały do pozostania w tym miejscu dłużej, niż było to przewidziane. Dziewczyna obiecała sobie, że wróci wcześnie do domu. Nie miała ochoty na upijanie się do nieprzytomności, tym bardziej, że był początek tygodnia. Zadzwoniła do drzwi nie oczekując, że ktoś prędko je otworzy. Niemożliwe było usłyszenie dzwonka, gdy muzyka grała tak głośno. A jednak, już po kilkunastu sekundach Kelsey wpuściła swoją koleżankę do środka. Mieszkanie zbytnio nie różniło się wyglądem od tego, co zastała na zewnątrz. Było urządzone w starym stylu, ale niepodważalnie potrzebowało remontu i świeżości. W każdym pomieszczeniu było mnóstwo ludzi. Niektórzy okazali się już mocno wstawieni. Przecisnęła się przez tłum zajmujący przedpokój i w kuchni natknęła się na swoją najlepszą przyjaciółkę. Jej widok oczywiście zaskoczył Madison.
  -Holly, co tutaj robisz? - zapytała przekrzykując muzykę.
  Dziewczyna stała oparta o blat, a w ręce trzymała kubek z alkoholem. Blondynka coraz częściej myślała, że jej współlokatorka może mieć problem z trunkami. Piła prawie codziennie podczas ich wiosennej przerwy, a semestr trwał zaledwie jeden poranek. Nie mogła zrzucić, że to przez stres na uczelni.
  -Miałam przegapić taką huczną imprezkę? - odpowiedziała nieco zmienionym już głosem.
  -Jest dopiero poniedziałek, a to miała być kameralna impreza - rzuciła Madison z wyczuwalnym oburzeniem.
  Nie usłyszała tłumaczenia przyjaciółki. Do kuchni wpadł rozwrzeszczany tłum pijanych studentów. Krzyczeli jak bardzo nienawidzą swoich wydziałów. To pomogło ocenić dziewczynie, że ma do czynienia z niedojrzałymi ludźmi. Ruszyła w stronę salonu poszukując wolnego miejsca. Żałowała, że się zjawiła, ale teraz nie mogła zostawić Holly samej. Doskonale wiedziała, że przeżywa kolejną kłótnię z chłopakiem albo może eks chłopakiem. Uciekanie w nałogi nikogo jeszcze nie doprowadziło do porządku, wręcz przeciwnie. Przez chwilę miała w głowie pomysł, by zadzwonić do Adama - ukochanego brunetki. Rozstali się w połowie przerwy wiosennej, ale oczywistym  było to, że do siebie wrócą. Być może ten czas w końcu nadszedł. Męczyło ją oglądanie przyjaciółki w takim stanie, tak samo, jak słuchanie o imprezowych wielbicielach jakim był Brad.
  Naprawdę rozkoszowała się samotnością. Myślała o jutrzejszym powrocie do pracy i o zupełnie przyziemnych sprawach. Do czasu aż na fotel obok nie dosiadł się nieznajomy chłopak. Trudno było określić czy także jest studentem. Miał na sobie okulary, ale raczej tylko po to, by być fajnym. Cale przedramię pokrywały tatuaże, ubrany też był w swoim stylu. Nie wzbudził on zainteresowania w Madison, ale została wychowana w sposób, który mówił, że należy być miłym.
   -Dobrze się bawisz?
  Piskliwy głos zupełnie nie pasował do wyglądu chłopaka. Musiała się powstrzymać, by nie zaśmiać mu się prosto w twarz. Ludzie po dwudziestym roku życia robili się coraz dziwniejsi.
  -Impreza jest w porządku - mruknęła, lecz gdyby sama usłyszała te słowa, na pewno by nie uwierzyła.
  -Przyniosę ci drinka, może staniesz się bardziej rozmowna.
  Wywróciła oczami, gdy tylko zniknął w tłumie. Okazał się kolejnym facetem, który na domówce szuka łatwej panienki. Tacy ludzie tylko zniechęcają do pojawiania się na imprezach. Mimo, że miejsce, które zajmowała było wygodne, postanowiła sprawdzić co z Holly.
  Wpadła do pomieszczenia, a jej przyjaciółka siedziała już na blacie, trzymając między nogami kubek z drinkiem. Była naprawdę bardzo ładna, miła i mądra. Madi nie rozumiała dlaczego na siłę zgrywała niegrzeczną i władczą panienkę. Nikt ani nic nie miał prawa wpłynąć na twoje zachowanie, a już w szczególności chłopak.
  -Holly, wydaje mi się, że powinnaś wrócić do domu. Ja nie czuję się za dobrze a ty dopiero możesz poczuć się niedobrze - odezwała się, zbliżając do brunetki.
  -Jezu Madi, przestań być taka sztywna. Zabaw się, napij się i od razu ci się polepszy - rzuciła ostro będąc już pod wpływem silnego alkoholu.
  Blondynka nie odpowiedziała, tylko wyszła wściekła z kuchni. Kochała przyjaciółkę ale ta potrafiła być naprawdę nieznośna. Złapała za swoją torebkę, którą na nieszczęście zostawiła w salonie i wyszła trzaskając drzwiami. Koniecznie musiała sprawdzić czy nic jej nie zniknęło. Ta imprezka wymykała się Kelsey spod kontroli. Nie zamierzała zostawić Holly na pastwę pijanych studencików. Po prostu chciała się przewietrzyć, pozbyć się z nozdrzy zapachu spoconych ludzi i taniej wódki.
  Cała okolica nie budziła uśmiechu na ustach. Za wyjątkiem wspomnianych ''strasznych'' bloków, dziewczyna słyszała krzyki pijaków i trzaskanie butelek. Cała ta atmosfera przyprawiała o ciarki na ciele. Madison obiecała sobie, że nigdy więcej nie pojawi się tutaj po zmroku. Może wcale się tu nie pojawi.
  Szła powoli, właściwie włócząc nogami. Była zmęczona, wciąż jej głowę obciążało wczorajsze wino a w myślach pojawiał się ten obleśny facet. Naprawdę dużo by dała, aby znaleźć się teraz w domu, w ciepłym łóżku. Chciała po prostu zasnąć i wstać jutro gotowa na nowe wyzwania w pracy jak i na uczelni. Niestety, błądziła wśród uliczek w zupełnie obcej dzielnicy Atlanty, było ciemno i dość chłodno a ona na dodatek miała na sobie tylko cieniutką bluzkę. Gorszą opcją było tylko zawrócenie i ponowne udanie się na imprezę.
  -Po moim trupie - jęknęła.
  -Myślę, że nie chciałbym zobaczyć twojego trupa. Przynajmniej na razie - usłyszała za sobą.
  O tak, zdecydowanie najgorszą opcją była rozmowa z nieznajomym.

~*~ 
  Maxwell rzucił w kąt wszystkie swoje notatki. Cała sprawa zaczynała go powoli wykańczać. Nie wiedział jak skontaktować się z bratem i to było cholernie irytujące. Próbował sobie przypomnieć ostatnie spotkanie z Alexandrem. Sięgnął po szklankę z bursztynowym płynem i szybko wypił całą jej zawartość. Zastanowił się głęboko.

Sound Lake, Wirginia, 1913 rok
Max uniósł głowę znad ciała kobiety wcześniej spełniając swoje pragnienie. Zdecydowanie nie istniało nic lepszego niż krew prosto z żyły. A krew z żyły pięknej, przerażonej damy, była wręcz nieziemska. Istoty takie jak on napawały się nie tylko czerwoną cieczą ale i samym strachem ofiary. 
Spojrzał na młodszego brata, który robił dokładnie to co Max. Różnica była taka, że on wybrał blondynkę. Cóż, jak zwykle. Może krew istoty o śniadej karnacji, jasnych włosach i wręcz błękitnych oczach była smaczniejsza niż ''jego'' czarnulki. Nie dbał jednak o to. Równie dobrze mógłby się pożywić jakimś gburowatym żołnierzykiem szykującym się na wojnę. TO NIE MIAŁO ZNACZENIA. TYLKO KREW, TYLKO STRACH, TYLKO KRZYK OFIARY, TYLKO BÓL, KTÓRY ZADAWAŁ.
 -Czemu, bracie, tak mi się przyglądasz? - zapytał młodszy.
-Minęło tyle wieków a nadal tworzymy niezły duet - zaśmiał się starszy.
-Nie wydaje ci się, że może czas odpocząć od siebie? Chociaż na pięćdziesiąt lat? 
Teraz kroczyli obok siebie porzucając wcześniejsze zdobycze. Ten, kto znajdzie kobiety w lesie, pomyśli, że zaatakowało je dzikie zwierzę.
I miał po części rację. Tym były wampiry. Krwiożerczymi potworami przypominającymi zwierzęta.
-Sądzę, że pięćdziesiąt lat bym bez ciebie wytrzymał, nie więcej.

  Gdyby Max wiedział, że to pożegnanie, na pewno zachowałby się inaczej. Minęło więcej niż pięćdziesiąt lat, więcej niż sto. Był wściekły na siebie, że pozwolił bratu zniknąć. Był wściekły na Alexandra, że go opuścił. Był wściekły na Crystal, że jeszcze kurwa oddycha. Był wściekły na cały otaczający go świat. Dlatego w wampirzym tempie wybiegł z domu i pognał przed siebie. 
  Z boku wyglądało to tak, jakby uciekał. Właściwie uciekał, ale nie przed czymś czy kimś. Uciekał przed wspomnieniami. 
  Niedługo zajęło mu znalezienie się przed blokiem, w którym mieszkała ta urocza blondynka. Od razu jednak, dzięki swojemu niesamowitemu słuchowi, odkrył, że nie było jej w domu. Spojrzał na zegarek. Było grubo po dwudziestej drugiej.
  -Gdzie jesteś, kotku? - szepnął podejmując wyzwanie. Był tak bardzo zły a jednocześnie podłamany, że odnalezienie dziewczyny obrał jako główny cel dzisiejszej nocy. 
  Biegł po prostu przed siebie cały czas o niej myśląc. Blondynka odganiała wszystkie negatywne uczucia. Wytężył swój niezawodny słuch, aż w końcu dotarł w nieznaną sobie dzielnicę. Nie wyglądała zachęcająco, ale przecież wampir nie bał się nikogo i niczego. Usłyszał krzyki dochodzące z jednego z mieszkań. Od razu domyślił się, że trwa tam impreza. Ludzie byli tacy głupi. Liczyły się dla nich tylko szczeniackie zabawy, przypadkowe znajomości i seks po pijaku. Max widział, że cały świat się stacza. Jeszcze sto lat temu było to nie do pomyślenia.
  Ujrzał ją.
  Szła stukając obcasami o chodnik. W ręce trzymała torebkę. Wyczuł, że jest wściekła, że nie chciała tu być a mimo to chodziła bez większego celu. Podszedł bliżej, tylko po to by przyjrzeć się pięknej nieznajomej. Wtedy ponownie, tak jak w październiku, usłyszał jej anielski głos.
  -Po moim trupie.
  -Myślę, że nie chciałbym zobaczyć twojego trupa. Przynajmniej na razie - rzucił, nie zastanawiając się nad tym, że wcześniej chciał zachować anonimowość.
  Blondynka odwróciła się, słysząc jego słowa. Od razu wyczuł jej strach. Nic dziwnego, gdyby był kobietą i to jeszcze śmiertelną, też obawiałby się tajemniczego mężczyzny.
  -Znamy się? - zapytała niepewnie, nawet się nie poruszyła.
  Uśmiechnął się delikatnie na wspomnienie ich krótkiego spotkania.
  -Na pewno pamiętałbym taką piękną dziewczynę.
  Bała się coraz bardziej i on znów to czuł. Od razu odgadł jej myśli. Nie, nie zamierzał jej zabić, ani zgwałcić. Przynajmniej na razie.
  -Daj mi spokój człowieku. Jestem wystarczająco zdenerwowana - warknęła.
  Podszedł do niej i złapał za jej podbródek. Teraz wpatrywał się w jej oczy, piękne jak... Jak tęczówki Anabelle. Miały w sobie głębie, tak jakby nie pozwalały od razu odgadnąć dziewczyny.
  -Nie rozumiem po co te nerwy - odezwał się cicho - Nic ci nie zrobię.
  -Puść mnie, muszę zabrać przyjaciółkę z imprezy - tłumaczyła mu się, zupełnie tak jakby miała taki obowiązek.
  Max chciał ją poznać. Każdą cząstkę jej ciała, jej życia. Dosłownie wszystko.
  -Nie będę cię dłużej zatrzymywał, kochana. Jeszcze się spotkamy, na pewno - odezwał się powoli, cały czas patrząc blondynce w oczy. - Uważam jednak, że to za wcześnie abyś mnie pamiętała.
  Znów ją zahipnotyzował. Dał jej jeszcze trochę czasu aby żyła jak każdy inny człowiek.

~*~
Witam ponownie
Od razu mówię, że Madi kiedyś to sobie przypomni. Kiedyś.